piątek, 27 stycznia 2012

Ciasto gruszkowo-migdałowe


Do reszty zepsułam trzepaczkę blendera, stłukłam cukiernicę i rozsypałam kawę. A ciasto wyszło. Zabawne, że odzyskiwanie dobrego humoru niekoniecznie przebiega gładko. Przywykłam. Z moim pieczeniem i tak zwykle wiąże się mały chaos. Na dość niewielkim roboczym blacie zatrważająco szybko tworzy się bałagan. On zwykł śmiać się ze mnie przy takich okazjach, twierdząc że rozsypuję mąkę praktycznie wszędzie. No więc proszę, tym razem to wcale nie mąka.



Przepis pochodzi z książki Gordona Ramsay`a "Szef kuchni na każdą porę roku"... z której to książki, nawiasem mówiąc, postanowiłam sprawdzić w przyszłości większość przepisów.


Składniki:
3 równej wielkości gruszki
600 ml syropu cukrowego
1 laska wanilii, rozcięta i otworzona

Ciasto:
 100 g masła, miękkiego
70 g drobnego cukru
1 laska wanilii
1 jajko, utrzepane
200 g mąki pszennej, przesianej z dużą
szczyptą drobno mielonej soli morskiej

Nadzienie:
100 g mielonych migdałów
100 g miałkiego cukru
100 g masła
20 g mąki pszennej
2 duże jajka, utrzepane
2 łyżki stołowe ciemnego rumu (jedyne czego mi brakło, dałam wódkę)



Gruszki obrać cienko, przeciąć na pół i usunąć gniazda nasienne. Zagotować słodki syrop i wrzucić do niego wanilię i gruszki. Zmniejszyć ogień i gotować 10-12 minut, aż gruszki zmiękną. Następnie wyłowić je, odcedzić i ostudzić. (Syrop można przecedzić, ostudzić i zachować do ponownego użycia.)
Przygotować ciasto. Masło utrzeć z cukrem na kremową i gładką masę. Przekroić laskę wanilii i ostrym nożem wybrać z niej nasiona. Dodać do masy z masła i cukru. Ucierając, stopniowo dodawać na przemian jajka i mąkę, aż do otrzymania gładkiego ciasta. Lekko je ugnieść, zawinąć w folię śniadaniową i schłodzić w lodówce przez mniej więcej 20 minut.
Ciasto rozwałkować cienko i wyciąć z niego krążek o średnicy ok.30 cm. Musi być na tyle duży, by móc nim wyłożyć formę o średnicy 21 cm i głębokości 2,5-3 cm (ja piekłam w formie o średnicy 28 cm) i by ciasto swobodnie wystawało poza brzeg. Wałkować można na blacie podsypanym mąką lub po włożeniu go pomiędzy oprószone mąką dwa arkusze papieru śniadaniowego. Ciasto przenieść do formy owinięte wokół wałka. Wykładając formę, przyciskać ciasto mocno do jej dna i ścianek. Wszystkie powstałe dziurki złączyć, ściskając ciasto palcami lub wypełniając kawałkami ciasta. Nie przycinać ciasta wystającego poza brzegi formy!
Ciasto przykryć folią aluminiową i wysypać na nią fasolę. Ponownie schłodzić przez 20 minut w lodówce, a w tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 st C.
Piec przez 15 minut. Po tym czasie zdjąć folię aluminiową i fasolę. Piec następne 5 minut. Ostrym nożem odkroić brzeg ciasta wystający poza brzeg formy.
Wszystkie składniki nadzienia umieścić w pojemniku robota kuchennego i zmiksować na gładką, kremową masę. Następnie przełożyć ją na upieczone ciasto. (Ja ponieważ użyłam nieco większej blaszki zrobiłam nadzienie z 1,5 porcji.) Nasączone gruszki wcisnąć lekko w wierzch, układając w kształt okręgów, wybrzuszoną stroną do góry.
Piec 35-40 minut, aż nadzienie po naciśnięciu będzie sprężyste. Ostudzić.
Ciasto podawać na ciepło, posypane cukrem pudrem z dodatkiem świeżego rozmarynu.




wtorek, 24 stycznia 2012

Bananowy chlebek i Sophie Dahl



Zauroczyła mnie panna Dahl. Jej książka, choć przeczytana wciąż jeszcze leży na widoku. Cieszę nią oczy, ilekroć spoglądam na stół. Spędzony z nią wieczór przeniósł mnie do innych czasów. Przypomniałam sobie dzieciństwo z Lucy Maud Montgomery i wczesną młodość z Jane Austen. Popołudniową ciszę i nos zanurzony w książce. Uporczywe wołania na obiad puszczane mimo uszu. Dziś nie mogę w to uwierzyć, ale w dzieciństwie jedzenie było dla mnie prawdziwą karą. Zapomniałam o tym wszystkim. Nie tyle przypadkiem, co celowo. Dojrzewając chciałam się stać inną osobą. Dziś dobrze rozumiem, co ma na myśli Sophie Dahl pisząc o zataczaniu kręgów. Bogatsza o doświadczenie, coraz częściej mam wrażenie, że nie uciekłam daleko. I wracam.

Przepis pochodzi z książki "Apetyczna panna Dahl", ale został przeze mnie nieco zmodyfikowany. Chlebek wyszedł miękki i mokry. Idealny na późne śniadanie z łyżką powideł, albo na samodzielną przekąskę w trakcie dnia. Mnie bardziej pasuje ta pierwsza opcja.

Składniki:

75 g miękkiego masła
4 dojrzałe banany (miałam tylko 3)
1 jajko
200 g cukru trzcinowego (dałam 130g dark muscovado i 20g domowego cukru waniliowego)
1 łyżka ekstraktu waniliowego
1 łyżeczka sody
szczypta soli
170g mąki (dałam 150g pełnoziarnistej orkiszowej)
masło do wysmarowania formy


Banany obrać i rozgnieść widelcem w misce. Utrzeć z masłem, jajkiem, cukrem i ekstraktem z wanilii. Do uzyskanej masy dodać łyżeczkę sody i szczyptę soli. Na koniec ostrożnie wmieszać przesianą mąkę (ponieważ użyłam mąki pełnoziarnistej, po przesianiu wsypałam też pozostałe na sitku otręby). Całość przełożyć do wysmarowanej masłem keksówki o dł.20cm.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st C (160 st C z termoobiegiem) i piec przez 1 godzinę (ja piekłam przez 45 minut).
Wyjąć i zostawić do ostygnięcia. Podawać pokrojony w kawałkach i posmarowany masłem (lub ulubionymi powidłami).



sobota, 21 stycznia 2012

Dorsz z soczewicą i chrupiącymi ziemniakami



Przesuwam palcami po matowej okładce. Ostrożnie obracam w dłoniach ważąc ciężar i wreszcie otwieram. Wertuję powoli całkowicie tym pochłonięta. Niełatwo jest wybrać jedną. Zdjęcia przyciągają wzrok, a nieznana treść ciekawi. Jak zwykle utknęłam. Wśród innych półek robię szybkie rundy dla odwrócenia uwagi, udaję (nie tylko przed sobą) że tym razem nie skuszą mnie obce przepisy. Akurat. Pięć minut przed zamknięciem sklepu wybiegam z torbą. Niosę książkę Ramsay`a.

Przepis pochodzi z książki "Szef kuchni na każdą porę roku" Gordona Ramsay`a.



Składniki:

400 g kleistych ziemniaków, równej wielkości
4 łyżki oliwy z oliwek
4 filety z dorsza, ok.125 g każdy, ze skórą
100 g soczewicy zielonej
1 marchewka
1/2 małej cebuli
1 mała łodyga selera naciowego
15 g masła
1 szalotka, drobno posiekana
1 łyżka kaparów, opłukanych i osuszonych
2 łyżki klasycznego sosu winegret wymieszanego z 1 łyżeczką musztardy Dijon
1 łyżka posiekanego szczypiorku
sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz

Ziemniaki gotować w osolonej wodzie przez ok.12 minut. Odcedzić i obrać, gdy są jeszcze gorące, najlepiej zakładając gumowe rękawiczki. Ziemniaki pokroić w foremną kostkę i wymieszać z 1 łyżką oliwy. Rozrzucić na tacy, posolić, doprawić pieprzem i pozwolić, by wchłonęły olej, gdy będą stygły.
Posolić filety z dorsza po stronie pokrytej skórą, lekko wetrzeć sól. Zostawić na pół godziny. Skóra wydzieli sok i się osuszy.
Włożyć soczewicę do rondla razem z marchewką, cebulą i selerem. Zalać zimną wodą i zagotować. Zmniejszyć ogień i gotować przez ok.15 minut, aż warzywa będą miękkie. Odcedzić i wyrzucić warzywa. Odstawić soczewicę do ostygnięcia.
Rozgrzać na patelni 1 łyżkę oliwy razem z masłem i delikatnie podsmażyć przez ok.5 minut szalotkę. Przełożyć szalotkę na talerz. Dodać na patelnię kolejną łyżkę oliwy, zwiększyć ogień i wrzucić ziemniaki. Smażyć, aż się ładnie zrumienią. Zestawić z ognia i wymieszać z szalotką oraz kaparami. Utrzymywać ciepłe.
Patelnię wytrzeć i rozgrzać na niej pozostałą łyżkę oliwy. Gdy będzie gorąca, położyć filety z dorsza, skórą na spód. Smażyć, aż skórka będzie chrupiąca. Czas smażenia dorsza skórą do dołu to ok.90% całego czasu smażenia ryby. Przewrócić go na drugą stronę i lekko przysmażyć.
W rondlu podgrzewać przez chwilę soczewicę, doprawić solą i pieprzem, a następnie wmieszać winegret oraz szczypiorek.
Każdy filet układać na płaskim ogrzanym talerzu, nakładać na wierzch i dookoła soczewicę oraz ziemniaki. Podawać gorące.



Klasyczny sos winegret:
(podaję oryginalne proporcje)

200 ml oliwy z oliwek
200 ml oleju z orzeszków ziemnych
50 ml octu winnego białego
50 ml octu winnego sherry
sok z 1 cytryny
1 łyżeczka soli
1/4 łyżeczki pieprzu

Wszystkie składniki utrzepać ze sobą. Przechowywać w zamkniętym słoiku, przed użyciem wstrząsnąć. Z podanych składników wychodzi 500 ml sosu winegret.

wtorek, 17 stycznia 2012

Maślane bułeczki z czekoladą



Otwarta kuchnia bywa swego rodzaju zbawieniem. Gdyby nie fakt, że odległość pomiędzy kuchennym blatem, a kluczowym miejscem salonu jest dość niewielka zostałabym prawdopodobnie okrzyknięta bardzo nietowarzyskim stworzeniem. Ponieważ jednak pozostaję na widoku nawet, gdy oddaję się swoim dziwactwom, nikt nie wnosi zażaleń. Chociaż jeśli się nad tym zastanowić, brak skarg może wynikać nie tyle z  samego widoku mojej osoby, co raczej z późniejszej konsumpcji powstających podczas podobnie swobodnych rozmów smakołyków. Przykładów nie muszę daleko szukać. Ot, choćby małe maślane brioche wypełnione tym, co znalazło się pod ręką, czyli śliwkowymi powidłami i nutellą.

Przepis, nieco zmodyfikowany pochodzi z książki "Ciasta" M.Roux





Składniki:

300 g mąki pszennej
125 g masła
55 ml mleka
3 jajka
30 g cukru pudru
szczypta soli
7 g świeżych drożdży
ok.150 g Nutelli (zamiast kremu czekoladowego można użyć ulubionych powideł)
czekolada posiekana na kawałki

Drożdże rozpuścić w ciepłym mleku i zostawić na 10 minut. Bardzo miękkie masło (u mnie częściowo rozpuszczone) połączyć z cukrem. Do miski wsypać przesianą mąkę, dodać sól, jajka, mleko i zacząć mieszać dodając partiami masło. Mieszać całość do uzyskania gładkiego, błyszczącego ciasta. Najłatwiej jest użyć do tego celu robota. Ciasto odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny, powinno podwoić swoją objętość.
Z wyrośniętego ciasta odrywać małe kawałki, rozpłaszczać na dłoni, łyżeczką nakładać Nutellę i po kawałku czekolady, następnie zlepiać brzegi i formować kulki. Z podanej porcji wychodzi 12-15 bułek.
Bułeczki rozkładać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy między nimi.
Każdą smarować jajkiem, albo spryskiwać olejem.
Piec w 180 st C przez 10-13 minut.



sobota, 14 stycznia 2012

Bułeczki cynamonowe



Gdy zobaczyłam te bułeczki kilka dni temu na innym blogu, wiedziałam, że zrobię je całkiem szybko. Nie pomyliłam się. Po pierwsze dlatego, że jestem ogromnym łasuchem jeśli chodzi o słodkości, a po drugie dlatego, że pieczenie jest dla mnie formą terapii. Późnym wieczorem, gdy kończę pracę lubię myśleć, że po powrocie do domu będę mogła zagnieść ciasto, przykryć je, a potem w spokoju czekać, aż pod ściereczką pojawi się niewielkie wzniesienie. To mój sposób na odpoczynek. Wiem, że potem wyciągnę książkę i usadowię się z nią wygodnie, a jeszcze później pojawi się kot i całe to układanie trzeba będzie zaczynać od początku. Nocą zaś, gdy cały dom wypełni się już zapachem cynamonowych bułeczek, zdążę jeszcze przed snem nacieszyć się przynajmniej jedną.
Przepis pochodzi z bloga During The Free Time


Składniki na ciasto:

300 g mąki pszennej
50 g cukru
szczypta soli
10-11 g saszetki drożdży błyskawicznych (lub 22 g świeżych)
50 g masła
200 ml mleka
1 jajko

Wypełnienie:

75 g miękkiego masła
75 g cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 jajko, rozkłócone, do posmarowania





W dużej misce wymieszać mąkę, cukier i drożdże. Mleko połączyć z jajkiem, masło rozpuścić i cienką strużką wlewać do mleka mieszając trzepaczką. Następnie płynne składniki wlać do suchych i wymieszać wszystko łyżką. Zagniatać ciasto, aż będzie gładkie i sprężyste, po czym uformować kulę. Kulę ciasta włożyć do wysmarowanej oliwą miski, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około 25 minut.
Okrągłą foremkę wyłożyć papierem do pieczenia, na dnie i przy ściankach.
Oddzielić 1/3 ciasta i rozciągnąć do wielkości dna foremki, to będzie spód bułeczek. (Ja pominęłam ten etap i rozwałkowałam całość ciasta). Resztę ciasta rozwałkować na kwadrat o boku 25 cm. (U mnie nieco większy prostokąt).
Wymieszać składniki nadzienia i rozsmarować na cieście starając się pokryć całość. Następnie zwinąć ciasto wzdłuż krótszego boku. Tak zrolowane ciasto kroić nożem na plastry o szerokości ok.2cm, tak by wyszło 9-10 kawałków. (Wyszło mi więcej, dlatego że nie oddzielałam części ciasta na spód. Samo ciasto wyszło mi dosyć miękkie, ale nie chciałam dodatkowo podsypywać go mąką. W efekcie podczas krojenia spiralki nieco się zacierały). Rozkładać w formie spiralnym bokiem do góry, niezbyt ciasno. Posmarować rozkłóconym jajkiem i odstawić na 15 minut do ponownego wyrośnięcia.
W międzyczasie rozgrzać piekarnik do 230 st C i piec bułeczki przez 20-25 minut. (W moim piekarniku bułeczki bardzo szybko się  przypiekały w tej temperaturze i musiałam ją zmniejszyć do 190 st C, a i tak zareagowałam za późno i wyszły bardziej zrumienione niż bym chciała.)




niedziela, 8 stycznia 2012

Gnocchi z sosem śmietanowo-grzybowym



Nie przepadam za zupami. Nie lubiłam ich jako dziecko i teraz też nie pałam do nich wielką miłością. Dlatego jeśli tylko mam wybór, robię na obiad coś innego. Na ogół nie stanowi to żadnego problemu. Gorzej, jeśli przez obolałe, chore gardło niewiele jest w stanie przejść. Znalazłam na to sposób. Od jakiegoś czasu chorobowym daniem w zastępstwie zup są u nas kopytka. Albo jak dzisiaj gnocchi. Miękkie, ciepłe, z delikatnym sosem z łatwością dają się przełknąć. Robię je ilekroć któreś z nas pada ofiarą przeziębienia.


Gnocchi:

1 kg ziemniaków (najlepiej o dużej zawartości skrobi)
250 g mąki pszennej
1 jajko
sól

Ziemniaki gotujemy w mundurkach do miękkości. Gorące obieramy (radziłam sobie z pomocą ściereczki, ale i tak nie zaliczam tego do zadań najprzyjemniejszych) i tłuczemy, albo przeciskamy przez praskę. Ja posoliłam je na tym etapie. Odstawiamy do całkowitego ostygnięcia. Do zimnych dodajemy jajko, mąkę i wyrabiamy na gładką masę. Dzielimy ciasto na kilka części, z każdej tworzymy wałek grubości ok.1cm i kroimy na kawałki długości 2 cm. Każdy przyciskamy lekko widelcem tworząc wzór. Jest z tym trochę zabawy, ale dzięki temu odróżniają się od naszych swojskich kopytek. Nawiasem mówiąc kopytka robi się przez to o wiele szybciej.
Gotowe gnocchi wrzucamy do wrzącej, osolonej wody i gotujemy do momentu wypłynięcia. Ja zawsze jeszcze, bez względu na to czy robię kopytka, pierogi, uszka czy gnocchi, przepłukuje je zimną wodą, żeby się później nie sklejały.



Sos śmietanowo-grzybowy:

30 g suszonych grzybów
500 g pieczarek
2 małe cebule
100 ml śmietanki 30%
sól, świeżo zmielony pieprz
gałka muszkatałowa
oliwa do smażenia

Grzyby moczyć w wodzie (ok. 150ml) przez pół godziny, następnie gotować w tej samej wodzie do miękkości. (Nie płuczę grzybów przed moczeniem, bo w tym roku suszyłam je sama i miałam możliwość dokładnie je wcześniej oczyścić.) Po ugotowaniu posiekać je drobno. Nie wylewać wody. Cebulę obrać i pokroić w drobną kostkę, podsmażyć krótko na oliwie. Dodać pokrojone w grubsze kawałki pieczarki (nie plastry), a następnie pozostałe grzyby. Smażyć kilka minut, aż pieczarki puszczą większość soku. Dolać wodę pozostałą z gotowania grzybów. Chwilę później dodać śmietankę. Przyprawiać ostrożnie pamiętając, że część płynu odparuje. Ja przyprawiam zwykle na kilka razy, ostatni raz próbując tuż przed zdjęciem potrawy z gazu. Czasem też dodaję zwykłą śmietanę zamiast śmietanki, ale na ogół wolę sosy robione na kremówce.


Niektóre przepisy na gnocchi podają, że powinno się z mąką mieszać ziemniaki, gdy są jeszcze lekko ciepłe, inne, że powinny być już całkiem zimne. Ja zdecydowałam się na tę drugą wersję. Ogólnie rzecz biorąc gnocchi są bardzo podobne do naszych kopytek, ale ta drobna różnica konsystencji między nimi sprawiła, że nie przypadły nam jakoś szczególnie do gustu. Podejrzewam, że wypróbuję je jeszcze kilka razy z różnymi sosami, choćby po to, by dla własnej satysfakcji wprawić się w ich robieniu, ale na pewno nie zdobędą one w naszym domu tego miejsca, które zajmują kopytka.

sobota, 7 stycznia 2012

Rolada biszkoptowa z masą orzechową


Przymusowo zamknięta w domu, przykuta do łóżka, paczki chusteczek i kubka gorącej herbaty z miodem mogłam tylko marzyć o domowym cieście. Koniecznie z laskowymi orzechami. Przez trzy dni tworzyłam w głowie kolejne wersje tego ciasta, a czwartego, gdy wreszcie mogłam wstać, zrobiłam biszkopt. Teraz, z powrotem odpoczywając pod grubą kołdrą mogę cieszyć się puszystym ciastem i masą, która jest dokładnie taka, jaka miała być. Delikatna i orzechowa, podkreślona wyraźnym smakiem rodzynek.


Biszkopt:

5 jajek (białka i żółtka osobno)
5 łyżek cukru kryształ
5 łyżek mąki pszennej (przesianej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodać cukier i ubijać jeszcze kilka minut. W osobnej misce ubić żółtka i dodać do białek. Wsypać przesianą mąkę razem z proszkiem do pieczenia. Delikatnie wymieszać.
Rozłożyć na prostokątnej blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Ja piekłam na blasze z wyposażenia piekarnika.
Piec ok.13 minut w 170 st C.

Po upieczeniu biszkopt od razu wyciągnąć z piekarnika i przełożyć (papierem do góry) na rozłożoną kuchenną ściereczkę. Zdjąć papier i delikatnie zwijać w roladę. Zostawić do całkowitego ostygnięcia.



Masa: 

4 żółtka
500 g serka mascarpone
100 g orzechów laskowych (przy tej ilości masa jest delikatnie orzechowa)
50 g cukru pudru
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego (używam własnej roboty, a mój nie jest bardzo mocny)
50 g rodzynek namoczonych w rumie

Orzechy uprażyć w piekarniku (180 st C), zdjąć skórki (pocierając przez ściereczkę) i zmiksować w malakserze (ja używam do tego celu przystawki do blendera) do uzyskania lekko płynnej masy. Żółtka ubić z cukrem na puszystą masę.  Do masy dodawać partiami mascarpone, mieszać. Na koniec dodać orzechy i ekstrakt z wanilii.
Masę wykładać na przygotowany wcześniej biszkopt. W tym celu odwijamy go ostrożnie ze ściereczki, nakładamy masę, rodzynki i zwijamy biszkopt z powrotem. Odstawiamy na przynajmniej 2 godziny do lodówki.

Oczywiście, gdy tylko wstawiłam gotowe ciasto do lodówki przypomniałam sobie o stojącej w szafce orzechówce. Ciekawe jak smakowałaby masa, gdybym tylko pamiętała o niej w odpowiednim momencie...



poniedziałek, 2 stycznia 2012

Daktylowe muffinki



Nowy Rok planowaliśmy witać w domu. Robiąc to, co lubimy. Każde z osobna i razem. Miał być cichy spokój, szampan i ciepło rozgrzanego piekarnika. Wyszło inaczej. Właściwie nic dziwnego. Miniony rok lubił mnie zaskakiwać. Te muffiny to mój ostatni zeszłoroczny wypiek. Nieumalowana i daleka od gotowości do wyjścia cierpliwie układałam orzechy laskowe jeden na drugim, zlepiając je karmelem. Żeby zdążyć musiałam zrezygnować z kremu zastępując go bitą śmietaną. To żadne noworoczne postanowienie, ale następnym razem na pewno będzie krem.

Muffinki:


180 g mąki pszennej
70 g białego cukru
30 g cukru dark muscovado
125 g masła
2 jajka
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
0,5 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki kakao (
170 g suszonych daktyli bez pestek
200 ml wody

Daktyle posiekać drobno i zalać wodą w garnuszku. Gotować na bardzo małym ogniu ok.10-15 minut. Odstawić do ostygnięcia. Wymieszać suche składniki w jednej misce. W drugiej misce rozpuścić masło, dodać lekko rozbełtane jajka. Wymieszać zawartość obu misek, na koniec dodając daktyle razem z sokiem, który puściły. Nakładać do foremek na muffiny.
Piec w 180 st C przez 20 minut.
Dekorować ubitą śmietanką kremówką, orzechami laskowymi i gruszką.



Suszona gruszka:


1 twarda gruszka
3/4 szklanki syropu z cukru

Gruszkę umyć i pokroić na plastry o grubości 1-2 mm. Moczyć chwilę w syropie cukrowym i układać na blasze wyłożonej silikonowym papierem do pieczenia. Zwykły papier do pieczenia wchłania soki i owoce mogą do niego przywierać, ale w przypadku braku silikonowego można go wykorzystać.
Piec w maks.80 st C przez mniej więcej 2 godziny.
W ten sam sposób można przygotowywać inne owoce np.jabłka na domowe czipsy.



Syrop z cukru:


550 g cukru kryształ
1 l zimnej wody
skórka otarta z 1 cytryny


Wodę z cukrem i skórką z cytryny wlać do rondla z grubym dnem. Powoli doprowadzić do wrzenia, od czasu do czasu mieszając. Kiedy cały cukier się rozpuści gotować jeszcze przez 5 minut.
Ostawić do wystudzenia. Przechowywać w lodówce z zamkniętym pojemniku - nadaje się do spożywania nawet przez 3 miesiące.
Wykorzystuję syrop z cukru do moczenia w nim owoców przed suszeniem.

Orzechy laskowe:


50 g orzechów laskowych
50 g cukru kryształ
50 ml wody

Orzechy wysypać na blachę i prażyć w piekarniku ok.10 minut w 180 stopniach. Gorące zawinąć w ściereczkę i pocierać o siebie (jeden z najłatwiejszych sposobów pozbycia się łupinek). Wodę z cukrem rozpuścić na małym ogniu i lekko skarmelizować. W gotowym syropie zamaczać orzechy i układać po 4 sztuki na muffinkach.